Nie było mnie kilka lat, ale wracam – podwójnie!

IMG_20161009_184951

Hej!:)

Nie ukrywam, że zapomniałam o blogu na kilka lat.Dlaczego? nie wiem, totalnie nie wiem! Przecież pisanie to moja pasja!

W moim życiu zmieniło się naprawdę wiele i żałuję tylko tego, że nie mogłam o tym na bieżąco pisać.

Może od początku… Otóż trzy lata temu postanowiłam wyprowadzić się od rodziców, nie żałuję. Zamieszkałam z koleżanką i świetnie się bawiłam, dużo pracowałam i studiowałam dziennie dziennikarstwo. Po kilku miesiącach od wyprowadzki poznałam chłopaka, który dziś jest moim mężem i ojcem mojej córeczki Hani. Szybko poszło? No cóż, może to i lepiej? Mi osobiście wydaje się, że tak, dogadujemy się znakomicie i nie widzę u swojego boku innego człowieka niż właśnie On.

Hania urodziła się już osiem miesięcy temu! Mamy już za sobą połowę problemów, jesteśmy mądrzejsze o nowe doświadczenia i co najważniejsze bardzo się kochamy! Hania jest ze mną jeszcze kilka miesięcy, jest fajnie, teraz! Wcześniej bywało trudno, męcząco i kilka pierwszych tygodni depresyjnie! A myślałam, że jak urodzę to od razu wcisnę się w dres, pójdę pobiegać i będę najlepszą, uśmiechniętą matką. Niestety rzeczywistość jest zupełnie inna…

Pierwsze tygodnie myślała, że umrę na smutek, który towarzyszył mi przez każdą sekundę, bałam się, płakałam i chciałam, aby ciągle ktoś był ze mną i mi pomagał, niestety mąż szybko musiała iść do pracy i zostałam sama. Nadeszły lepsze dni powoli się oswajałam z myślą, że Hania jest ze mną, jest ode mnie całkowicie zależna i że już zawsze będzie. Dalej było ciężko, powoli zaczęłam biegać (w sumie chyba już 4 tydzień po porodzie naturalnym) i to mi przynosiło szczęście. Mijały kolejne miesiące, strach ustępował miejsca radości i zadowolenia i tak już zostało. Nie mówię, że jest łatwo i przyjemnie, bo nie jest. Bolą mnie plecy, nie mam czasu dla siebie, bo mąż wraca o 19 codziennie, a moje noce nie są przespane, bo Hania budzi się 3 razy na cycusia! jest w telewizji reklama, w której jest jedna złota myśl: są tylko dobre rady, a i tak wszystkiego musisz nauczyć się sama, MAMO :)

Czas płynie baaardzo szybko, a dziecko rośnie z dnia na dzień, z dnia na dzień jest co raz inna i potrafi więcej. Dziś Hania ma osiem miesięcy i chyba za niedługo jak się obrócę to Hania będzie sama chodziła na tych jej małych stópkach.

IMG_20161009_184951

 

 

 

 

8 STOLIKÓW – POLECAM!

W Katowicach znajdziemy wiele miejsc gdzie możemy coś zjeść, napić się, porozmawiać. Jednak jeżeli mam być szczera do tej pory żadne z nich nie urzekło mnie na tyle, że powiedziałabym: Muszę tu wrócić!

Jednak ostatnio przechodząc ulicą Jagiellońską dostrzegłam ludzi siedzących na zewnątrz przy malutkim drewnianym stoliczku, na parapecie pięknie wyłożonym kolorowymi poduszeczkami, którzy zajadali się przepięknie wyglądającym, wielkim kawałkiem ciasta. Tak ujął mnie wygląd tego maleńkiego obszaru, że postanowiłam zajrzeć do środka. I tym razem moja intuicja mnie nie zawiodła, otóż wchodząc nie wiedziałam na czym skupić uwagę, bo wszystko przekłuwało swoim pięknem mój wzrok.

Wystrój bistro o nazwie 8 stolików jest genialny! Ściany koloru szarego, wielkie lustra, drewniane stoły, poduszki na siedzeniach, a główna lada, gdzie Panie przyjmowały zamówienia wprost wyciągnięta z jakiegoś wiejskiego obrazka. Wszędzie znajdowały się świeże przyprawy, kolorowe ciasta (Magda Gessler byłaby w niebo wzięta, uwierzcie!), misy pełne dorodnych sezonowych owoców.

No musiałam zostać! Zamówiłam coś lekkiego o wymyślnej nazwie, której nie pamiętam z jogurtem w tle. Dostałam dużą kolorową miseczkę z okazałą i sytą zawartością, która tak pięknie wyglądała, że doprawdy szkoda mi było psuć tego widoku. Orzeszki, sezam, słonecznik, kruche ciasteczka to wszystko przykryte warstwą jogurtu naturalnego ze świeżym dressingiem z malin! Niebo w gębie!

Zastanawia Was obsługa? Ja jestem osobą bardzo rygorystyczną i zawsze znajdę coś co choć w najmniejszym stopniu mi nie pasuje, denerwuje. Natomiast Pani obsługującej w 8 stolików chylę czoła za podejście do klienta. Była gościnna, uprzejma do granic możliwości i co najważniejsze podchodziła i rozmawiała z klientami, dlatego każdy mógł się poczuć tam wyjątkowy, niepominięty i ważny. Wspaniałe jest to, że bistro oferuje codziennie świeżą jak tamtejsze jedzenie prasę, to też sprawia, że możemy poczuć ten wspaniały klimat, który znajduje się w tym urokliwym miejscu. Jeżeli interesują Was ceny, to wierzcie mi, że są bardzo przestępne, zresztą bistro znajduje się tuż pod Uniwersytetem, toteż ceny są iście na kieszeń każdego studenta.

To wszystko sprawiło, że częściej tam zaglądam i polecam najmocniej jak tylko mogę żebyście choć ram, jak macie okazję uczynili to samo.

 

NOTTING HILL.

 

Podczas nie rozpieszczającej nas pogody wybrałam powrót do przeszłości i muszę Wam o nim napisać.

Uległość dobry gest, pomocna dłoń, brak asertywności – tak przedstawiona została postać skromnego, przeciętnego księgarza prowadzącego swój interes na przedmieściach Notting Hill- Williama.

Mężczyzna przez wielu ludzi, nawet swą rodzinę postrzegany jest jako miłosny nieudacznik… do czasu, gdy jego monotonną, ale uwielbianą codzienność przerywa  znana hollywoodzka gwiazda – Anna, która poza sławną aktorką jest piękną i zabawną kobietą, to ona funduje mężczyźnie wiele nowych doznań ( jak przykładowe oblężenie domu Willa przez paparazzi ).

 

Począwszy od niespodziewanego, wręcz wyśnionego dla sklepikarza pocałunku ( bo komu dane jest całować gwiazdę światowego formatu! ), a skończywszy na skromnej kolacji w gronie rodziny Willa, jego głowę w każdej sekundzie zaprząta ( uczestniczka obu wyżej wymienionych sytuacji ) Anna, która po kilku wspólnie spędaonych chwilach zaczyna wykorzystywać uczucia wrażliwego mężczyzny. Kobieta jednak w najmniej oczekiwanym momencie dochodzi do zaskakującego wniosku…

Będąc fanką Julii Roberts zauważyłam, że Notting Hill wpisuje się w kanony poprzednich komedii z jej udziałem takich jak Uciekająca panna młoda czy Mój chłopak się żeni. Można zauważyć, że Roger Michell  jako główne postaci obsadził bardzo cenionych i znanych aktorów co przyczyniło się do pozyskania większej popularności tej produkcji. Również i w Notting Hill całokształt gry aktorskiej był powalającym kunsztem co nie było zaskoczeniem dla większości widzów.

 

Zamysł reżysera był dość banalny- stworzyć „ściskającą za serce”, tkliwą z zawiłymi wątkami komedię romantyczną opierającą się na niekonwencjonalnej i irracjonalnej fabule.

 

Reżyser chciał pokazać miłość z innej strony, sądzę, że swój zamysł lekko przerysował, bo o ile miłość zwykłego, prostego człowieka z gwiazdą na skale światową ciężko, bo ciężko, ale zaakceptuje, to w nieszablonowe zakończenie ( kiedy to Will przedarł się w 30 sekund przez połowę Londynu i bez problemu wdarł się na konferencję prasową ) niestety nigdy nie uwierzę.

 

Doskonale zapadła mi w pamięć drewniana ławka z tajemniczego, pięknego ogrodu, którą reżyser używa w roli pewnego symbolu jakoby symbolu początku. Pierwszy raz kiedy widzimy ławkę William i Anna dopiero co zaczynają się poznawać możliwe,że to była ich pierwsza randka ( to już zależy od indywidualnej interpretacji obrazu ), natomiast ostatni moment filmu kiedy ławkę widzimy po raz ostatni symbolizuje ona nowy etap w który za parę miesięcy wkroczy połączona miłosnym węzłem dwójka.

 

Spleciona została prostota scenograficzna z niezwykłą lecz przerysowaną pewną historią, która w połączeniu dała łatwą i przyjemną w odbiorze komedię romantyczną lat 90-tych pozbawioną laptopów, komórek czy facebook’a, (który niestety nie wiem czemu wspominany jest w wielu współczesnych filmach).

 

Dlatego uważam, ze chętniej wraca się do filmów tego typu (starszych ze swoistym klimatem tamtych lat) niż styka się na ogół z rzeczywistością i tym co otacza wielu z Nas na co dzień.

Kino lat 90  – tak czy nie?

CZY RUCH TO ZDROWIE?

Dzień w dzień wykonuję jedną tą samą czynność do znudzenia: ubieram wygodne buty i wygodne ciuchy i RUSZAM SIĘ! Może to wyda się komuś śmieszne, ale uprawiając sport ważna jest wygoda, dlatego polecam wygodny strój, odpowiednie obuwie, wysoki kucyk i do dzieła!

Odbieram wrażenie, iż dzisiaj modne jest RUSZANIE SIĘ, obserwując ludzi zauważyłam, że naprawdę większość społeczeństwa zaczyna aktywne życie. I bardzo dobrze! Wiele osób na wielką skalę nawołuje do uprawiania sportów, po prostu do aktywnego spędzania wolnego czasu czy to w telewizji, w radio, w książkach. Nawet w księgarniach na liście bestsellerów tryumfuje książka Ewy Chodakowskiej, dzięki której tysiące osób zmieniło swój stary tryb życia.

Jeżeli mowa o Ewie, co sądzicie o Jej programach treningowych? A może do Was nie dotarła jej metoda na życie? Jeżeli nie to proponuje to zmienić, dlaczego? Bo ta kobieta jest niemożliwa, motywująca i wspierająca. Ćwiczenia, które proponuje naprawdę działają i dają powalające efekty. Ja również jestem chodzącym dowodem Jej metody ;)

Ale czy naprawdę ruch jest zdrowy? Owszem, jest. Tylko wtedy, gdy pamiętamy o tym, żeby się nie przeforsowywać i zaprzestać wysiłku fizycznego przy bólach ciała ( oczywiście nie mowa tu o palących i obolałych mięśniach – to jak najbardziej pozytywny objaw naszych katuszy ;) ). Uprawiając czynnie sport ( nie tylko przed telewizorem, jak to mówią niektórzy) dostarczymy naszym organizmom spory zasób tlenu, co za tym idzie nasze ciało, cera będą wyglądały na zdrowsze i młodsze, pozbędziemy się raz na zawsze cellulitu, a ten zły cholesterol odejdzie w zapomnienie, jednak największą korzyścią wynikającą z RUSZANIA SIĘ jest piękna, smukła, wysportowana sylwetka i zdrowy duch.

W takim razie ja wracam do dalszego forsowania się i przekraczania własnych granic i zapraszam do tego Was wszystkich!

WIEJSKIE WAKACJE – CZAS START!

CAM00232

Wraz z początkiem lipca zostawiłam za sobą ciągnący się i ciężki do przebrnięcia kolejny rok akademicki. Dzięki Bogu! Od momentu kiedy stałam się pozbawiona tego ciężaru, chodziła za mną jedna myśl… Może by tak gdzieś wreszcie wyjechać?

O tak! Dużo nie myśląc wzięłam obciachowy plecak od młodszej siostry i ruszyłam. Moim pierwszym celem stały się urokliwe wiejskie okolice, na które natrafiłam po przejechaniu 100 km autem, totalnie wyzbyte tego nieustannego zgiełku, hałasu, tłoku i smrodu wielkich miast.

To jest piękne, gdy budzi Cię rano ‚muuucząca’ krowa, a nie trąbiące pod oknem samochody, gdy można wziąć rower i odkrywać takie widoki na które z trudem natrafimy w metropoliach, a do tego wszystkiego trzeba koniecznie dodać to, że przy wspaniałych widokach, błogiej ciszy, dzikiej naturze i przemiłym sąsiedzie dojącym co wieczór krowę zupełnie można zatracić się czasowo. A może taka chwilowa ‚utrata’ pamięci to dobry sposób na chwilę zapomnienia o codziennej monotonii?

Jak najbardziej polecam każdemu takie, chociażby weekendowe, jednodniowe wypady, najlepiej w nieznane, tam gdzie doprowadzą Was dwa kółka, cztery lub własne nogi. Zatracajmy się, kochajmy i bądźmy otwarci na uroki życia! ; )

NIEMOŻLIWE – NIE ISTNIEJE!

Romet, Simson, Emzeta, Honda CBR 600, Fiat 126p, Yamaha Virago 535. Co łączy te wszystkie modele dwu i czterokołowych pojazdów? Najlepiej by było gdybyście sami się przekonali zaglądając do fantastycznej książki Automaniaczka – Martyny Wojciechowskiej.

Mimo wszystko uchylę rąbka tajemnicy i może zachęcę Was do zajrzenia w tę wciągającą lekturę. Autorka na początku wprowadza czytelników w swoje dzieciństwo, które różni się diametralnie od dzieciństwa przeciętnej czteroletniej dziewczynki. Otóż mała Martynka (a właściwie Marta) od najmłodszych lat miała ciągoty do zajęć, które teoretycznie są domeną mężczyzn. Dziewczyna dorastając udowadniała sobie i innym, że „płeć piękna” – potrafi – i nie będzie w żadnym wypadku gorsza od mężczyzn i wytrwale będzie dążyła do rozwijania największej pasji – miłości do motorów i motoryzacji.Stereotypy pozostawia daleko za sobą, a co za tym idzie jest bardzo tolerancyjna. Autorka opisuje dokładnie każdy swój motoryzacyjny życiowy etap. Dowiadujemy się jak wyglądały realia PRL-u, które odkrywały przed Wojciechowską nowe wyzwania i niesamowite przygody.

Krok w dorosłość, który autorka podjęła dosyć szybko to najciekawszy jak dla mnie moment w całej książce i to od tego właśnie momentu od lektury oderwać się po protu nie można. Kobieta sięga pamięcią do zajęć, które były dla niej źródłem dochodów: praca na planie kultowego programu „Automaniak” czy mniej kultowego „Big Brother”. Jednak to nie te opowieści są myślą przewodnią książki, otóż autorka po raz pierwszy opisuje swój udział w słynnym Rajdzie Dakar! Tak, ta kobieta wzięła w nim udział,co więcej- ukończyła go! Panowie czapki z głów!

Publikacja jest naprawdę warta przeczytania, jest napisana prostym językiem co sprawia, że szybciutko z wypiekami na twarzy przerzucamy kolejne kartki. Autorka jest do bólu szczera z czytelnikami (uwierzcie mi to da się wyczuć), ale przede wszystkim opisuje to co wydaje się najtrudniejsze do pokonania w ludzkiej egzystencji, a są to własne marzenia! Wojciechowska pisze, że niemożliwe nie istnieje, udowadnia ludziom, że jeżeli mają marzenia i dążą do ich spełnienia to te staną się realne, możliwe, warte poświęcenia. Nie słodzi, nie pociesza, przedstawia nam czyste realia.

Jeżeli boisz się żyć, jeżeli blokuje Cię strach to sięgnij po jakąkolwiek publikacje Martyny Wojciechowskiej, a wtedy uświadomisz sobie jak wiele człowiek jest w stanie pokonać, jak wiele człowiek jest zdolny postawić przed sobą celów i wyzwań, i co najważniejsze jak wiele z nich jest zdolny ZREALIZOWAĆ.