RODZENIE I WYCHOWYWANIE

PORÓD

Był 17 lutego, mój teść zaczął krzyczeć na całą kamienicę, żebym do niego przybiegła, bo pali mu się piec. Przebiegłam… ale godzinę później znalazłam się na porodówce z pierwszymi skurczami porodowymi. Zaczęło się o godzinie 23. Skończyło następnego dnia o 16. To wtedy poznałam Hanię – moją pierwszą córkę.

17 godzin, podczas których musiałam urodzić, były najgorszymi godzinami w moim życiu, niestety. Do porodu szłam z uśmiechem, naczytałam się na forach internetowych, że to boli jak silna miesiączka.

- nic trudnego, myślałam. O jak bardzo się myliłam! Przecież ja nawet nie chodziłam do szkoły rodzenia, bo po co?

- Te matki są jakimiś ‘cieniasami’, myślałam! Ja dam rade bez problemu, jestem przecież silna i ból mi nie straszny.

Już przy pierwszym skurczu myślałam, że umrę z bólu! Ale ‘dzielnie’ sama, bez męża (z koleżanką leżącą obok na łóżku i zmagającą się z tym samym problemem co ja) przetrwałam do 6 rano! Aż 7 godzin! Myślałam, że za chwilę urodzę i będzie po wszystkim, położna odwiedziła mnie rano i powiedziała, że mam zaledwie 2 cm rozwarcia!!! Moje cierpienie sięgało zenitu, jęczałam, wymiotowałam i błagałam o cesarkę. Nie chciałam z nikim współpracować, żeby urodzić szybciej, bo bałam się jeszcze większego bólu. O godzinie 12 pani położna kazał mi iść na salę porodową, bo mówiła, że może tam mi pójdzie lepiej…

Był przy mnie cały sztab medyczny pracujący w tej chwili na porodówce i mój mąż. Wybłagałam znieczulenie do kręgosłupa, które oczywiście nie pomogło. Nikt mi nie chciał zrobić cesarskiego cięcia, dlaczego? ?? To tak cholernie boli!

O godzinie 15 (mimo zaledwie 7 cm rozwarcia) przełożona położnych powiedziała, że ma mnie już dosyć i rodzimy. O jaka była moja ulga jak się o tym dowiedziałam. Siadłam na fotelu z rozkraczonymi nogami, potem wypięta tyłem, potem znowu w rozkroku, a po godzinie pchania (oczy prawie wyskoczyły mi z oczodołów) zobaczyłam tego małego człowieczka, który przez 9 miesięcy kopał od środka mój wielki brzuch.

PIERWSZA W DEPRESJA

Kiedy po kilku dniach przebytych z Hanią w szpitalu pierwszy raz przekroczyłyśmy próg naszego mieszkania, nasze zdziwienie było ogromne. Na ścianach widniał napis : „Witamy w domu dziewczyny”, a balony walały się po całej podłodze.

Moja mama i mój mąż przez kilka pierwszych dni bardzo mi pomagali przy opiece nad Hanią, dużo mi pomogli, jednak nie do końca… Płakałam cały czas od wejścia do domu przez kilka długich tygodni. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do niej, do tego, że muszę wstawać w nocy co kilka godzin, że nie umiem nakarmić jej piersią, bałam się z nią zostać w domu i wyjść z domu. Gdy ktoś do mnie przychodził -płakałam. Gdy ktoś coś do mnie mówił – płakałam. Nie widziałam sensu w życiu. Nie potrafiłam przyzwyczaić się do tego, że teraz moje życie diametralnie ulegnie zmianie.

Minęło kilka tygodniu… Powoli zaczęłam zmieniać swoje nastawienie, zaczęłam się uśmiechać i układać sobie życie na nowo. Taka sytuacja trwała do końca kwietnia.

 RAZ LEPIEJ, RAZ GORZEJ

Z racji tego, że mój mąż pracuje od rano do wieczora, to skazana byłam sama na siebie i na towarzystwo mojej córki. Kiedy zaczęło robić się ciepło (tak, że mogłam wyjść na kilka godzin z domu) spędzałyśmy na świeżym powietrzu tyle czasu ile tylko mogłyśmy. To jakoś nadawało sens mojemu życiu, chciało mi się żyć.

Uśmiechałam się, nie bałam się Hani, było nam dobrze. Bywały takie noce, podczas których Hanka nie spała ani godziny, nie umiałam sobie  z tym poradzić, a ze zmęczonym mężem na zmianę huśtaliśmy ją w bujaczku przez kilka nocnych godzin.

W końcu wszystko się unormowało, ale musiałam się naprawdę wiele nauczyć, to nie jest łatwe, wszystkiego od początku nauczyłam się sama na zasadzie prób i błędów. Słońce dodawało mi energii do życia, przez co dawałam radę jako młoda mama! Taka sytuacja trwała do listopada.

ZIMA

Zima to chyba najgorszy okres dla matek wychowujących dzieci. Nie można nigdzie wyjść, bo dookoła unosi się trując smog, jest przerażająco zimno, że palca nie można wyciągnąć na zewnątrz. Co robić?

Ja siedziałam w domu, a moja depresja wracała co kilka dni i odchodziła na chwilę. Mimo tego, że Hanusia jest grzecznym dzieckiem, to było mi cholernie ciężko (zresztą zaczęły jej rosnąć zęby, które dawały nam obu w kość i zaczął się czas, w którym MAMA jest najważniejsza na świecie i chodzi się za nią nawet do toalety).

Gdzie ja tam i ona. Nie miałam chwili dla siebie, bo Hania albo wisiała na mojej piersi albo mi przeszkadzała. Codziennie, dzień w dzień. Czekałam tylko do 20 żeby wreszcie położyć ją spać (zresztą w nocy też się budzi kilka razy, bo karmię ja piersią, a dzieci na cycku tak się budzą).

Powoli kończy się zima, a ja znowu mogę wyjrzeć zza moich czterech ścian…

Tak ważne jest uświadamianie wszystkich przyszłym mam jak naprawdę wygląda poród, jak wygląda czas bezpośrednio po nim. Mnie niestety nikt nie uświadomił… nie wyszłam na tym dobrze. Poród i opieka nad małym dzieckiem jest prawdziwą sztuką i wyzwaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>